- Zrobię wszystko, żeby cię
ochronić. – załkałem, mocząc jego bandaż. – Mogłeś zginąć, dlaczego wtedy
zdecydowałeś się jechać? - Zapytałem, bardziej jakby sam siebie. – Nie pozwolę
ci nigdy więcej zrobić takiej głupoty. Zrozum idioto. Kocham cię.
Wtedy poczułem, jak jego dłoń
mocniej zaciska się na mojej.
Otworzył oczy i gwałtownie je
przymrużył. Zamrugał nimi kilkakrotnie i westchnął cicho. Dźwignął się lekko,
jednak zasyczał i szybko położył się z powrotem. Oderwałem się od niego i
puściłem jego dłoń. Chłopak przez chwilę wydawał się nie kontaktować ze
światem, jedynie rozglądał się po pomieszczeniu. Wtedy jego wzrok zwrócił się
ku mnie i wyciągnął rękę w moją stronę. Chwyciłem ją lekko i pomogłem mu
usiąść. Do sali wszedł lekarz.
- Jak się czujesz? - zapytał i
poświecił mu latarką po oczach. - Źrenice w porządku. - mruknął.
- Dobrze, tylko boli mnie
klatka piersiowa i trochę kręci mi się w głowie. - odpowiedział zachrypniętym
głosem. Lekarz poruszał jego kończynami sprawdzając koordynację. Kazuki nie odrywał
wciąż wzorku ode mnie. Wydawał się być zaskoczony moją wizytą.
- Wszystko jak należy.
- Kiedy będę mógł wrócić do
grania na gitarze? - szybko zapytał.
- Nie ma mowy o jakiejkolwiek
grze. - powiedział stanowczo mężczyzna. Kazuki spojrzał na niego, jakby nie
dowierzał w to, co słyszy.
- Słucham? - zapytał
niepewnie.
- Przynajmniej do czasu, aż
twoja ręka w pełni się nie zrośnie. - poprawił okulary na nosie.
- Nie mogę, nasz zespół...
- Przykro mi, ale twoje
zdrowie to priorytet. Wszystko inne schodzi na dalszy plan. Odpoczywaj. -
powiedział i opuścił pomieszczenie. Kazuki ponownie przeniósł swój wzrok na
mnie.
- Długo tu siedzisz?
- Może z dziesięć minut. -
powiedziałem i otarłem wierzchem dłoni jeszcze wilgotne od płaczu policzki.
Chłopak spojrzał na mnie i przejechał opuszkami
palców po mokrych śladach.
- Płakałeś? - zapytał, patrząc
na mnie wyczekująco.
- Nie, ja tylko... - zaciąłem
się. Nie miałem pojęcia co mu powiedzieć. Nic racjonalnego nie przychodziło mi
do głowy, w co mógłby uwierzyć. Zastanawiałem się, czy słyszał moje
wyznanie.Wtedy Kazuki pewnie przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Jedną ręką
gładził mnie po włosach. Ucałował lekko moją szyję.
- Po prostu bałem się o
ciebie. Tak cholernie się bałem. - powiedziałem i znowu się rozpłakałem.
- Dziękuję. - odparł i
delikatnie mną kołysał, chcąc mnie uspokoić.
- Niewiele pamiętam, szczerze
powiedziawszy. - westchnął i pogładził mnie po wewnętrznej części dłoni. -
Sporo piliśmy, byłem strasznie zdenerwowany, chciałem wrócić do domu, wsiadłem
na motor i... pustka. - spojrzał przez okno. Zapadła chwila ciszy. Widocznie
gorączkowo o czymś rozmyślał. Poruszyłem się niepewnie i opuściłem głowę.
- Kiedy cię wypuszczają? -
zapytałem cicho, skupiając uwagę na jego dłoni, która spoczywała na mojej.
- Pojutrze. - odpowiedział i
przysunął się bliżej mnie. Chwycił mnie za obie dłonie, splótł je ze swoimi i
ucałował. - Posłuchaj mnie teraz uważnie, dobrze? - pokiwałem twierdząco głowa
w odpowiedzi. Uśmiechnął się lekko i przejechał jedną ręką po moim udzie,
przechodząc na brzuch i ciągnął tą wędrówkę powoli przez mój tors, kończąc na
mojej twarzy. Tam jego dłoń spoczęła na moim policzku. - Mogę cię o coś
poprosić?
- O co tylko zechcesz. -
odpowiedziałem bez chwili zastanowienia.
- Ichi... Tyle razy chciałem z
tobą porozmawiać o pewnych bardzo ważnych dla mnie rzeczach. To się odwlekało przez długi czas. Przemyślałem jednak sprawę dużo wcześniej. To nie ma sensu. -
zrobił pauzę. Przyglądałem mu się uważnie, myśląc do czego zmierza. -
Zapomnijmy o sobie. Udajmy tak, jakbyśmy nigdy się nie znali.
- Ale...
- Tak będzie lepiej, wiesz? -
puścił moje dłonie i odsunął się. - Dla ciebie mam być martwy. I ty dla mnie
też będziesz.
- Lepiej dla kogo? -
wysyczałem.
- Dla ciebie. Dla mnie. Dla
Yuu. Dla reszty chłopaków zresztą też. - zrobił pauzę. - Wiem, że mnie
nienawidzisz. - spojrzałem zaskoczony na niego i poczułem ucisk w żołądku. -
Unikniemy w ten sposób sporów i niezbyt przyjemnych sytuacji. To jak? - jeszcze
niespełna godzinę temu wyznałem mu miłość (co z tego, że spał, a przynajmniej
udawał), a teraz on próbuje mi wmówić, że go nienawidzę. On nie usłyszał... Nic
nie usłyszał. Ucisk nasilił się bardziej, a mi odebrało mowę. Wtedy drzwi
pomieszczenia otworzyły się i stanęła w nich lekko zaskoczona sytuacją Rieen.
- Nie będę wam przeszkadzać. -
rzuciłem i szybko stamtąd wyszedłem.
Dwudziesty czwarty marca,
godzina... Nawet nie wiem która, w każdym razie jest noc. Sięgam po kolejną garść
leków nasennych. Nie, nie chcę się zabić, aczkolwiek myślałem o tym. Po prostu
nie sypiam zbyt dobrze od ostatnich dni. O jedzeniu nie wspomnę - mdli mnie,
gdy tylko wezmę cokolwiek do ust. Poza alkoholem czy papierosami. Stres chyba
wypluł mój żołądek. Mam wrażenie, że moje nerwy ponaciągane są jak struny. Cienkie struny. Dwudziesty czwarty marca. Mijają dokładnie trzy tygodnie, odkąd
ostatni raz widziałem Kazukiego. Od wyjścia ze szpitala nie chodzi już tymi
samymi drogami co zawsze, na próżno jednak codziennie wypatruję go przez ciemne
szyby witryn sklepowych. Nie pojawia się na próbach, chłopaki mają w
zastępstwie gitarzystę supportującego, dopóki lider nie wróci do pełni sił.
Czasami kiedy przechadzam się po mieście szukam go pod klubem cerberów Yakuzy.
Tam też go nie ma. Dwudziesty czwarty marca. Kazuki nie daje żadnego znaku
życia, przynajmniej mnie, bo innych nie ignoruje. Wprowadził swój plan w życie tak, jak zapowiedział. Dla niego umarłem. Przez pewien czas też próbowałem uśmiercić
go w mojej pamięci, jednak wszystkie sytuacje i jego słowa nie chcą zostać
pogrzebane. Nie odszedłem od Yuuto, Byou miał rację, traktuję ludzi
przedmiotowo. Zostałem na tym, na czym jest mi wygodnie. Gdyby nie brunet, nie
wiem, czy bym teraz żył. Za tydzień zapada ostateczna decyzja o wydanie ich
pierwszego singla, mają zagrać kolejny koncert i rozpocząć promocję. Byou
chwalił mi się, że ma już pełno piosenek na ich debiutancki album. Pokazywał mi
teksty i melodię do niektórych z nich. Muszę przyznać, że bardzo mi się
podobały. Blondyn przychodzi codziennie. Tylko on wie o tym, co dzieje się w
środku. Tylko przy nim jestem wypranym z emocji, bezdusznym człowiekiem,
którego serce dawno skamieniało i posypało się na kawałki. Przy innych byłem
starym, zwyczajnym Ichim. Brzydziłem się sobą patrząc z perspektywy czasu,
jaką nieludzką kreaturą się stałem. Przyłapałem się kiedyś na tym, jak kochając
się z Yuuto nieświadomie wypowiedziałem imię Kazukiego - gdzie mój kochanek
tego w ogóle nie zauważył. Na początku starałem się odrzucić to od siebie,
jednak z czasem, za każdym razem kiedy dochodziło między nami do zbliżeń,
myślami byłem w zupełnie innym miejscu. Z każdym dniem czułem rosnące
obrzydzenie do siebie. Każdego ranka patrzyłem na siebie w lustrze z
nienawiścią. Jakiekolwiek chęci do życia opuściły mnie już dawno. Dni były
rutyną, a ja usilnie pod maską sztucznego uśmiechu brnąłem przez nie, czując
jak opadam z sił. Ta podróż niedługo może się dla mnie skończyć. Sam
powoli wpędzałem się do grobu, wyniszczając się od środka. Wiele nocy
rozmyślałem o tym, co miłość potrafi zrobić z człowiekiem. A w tym wszystkim czułem się żałośnie. Żałośnie bezsilny, że nie potrafię zwalczyć w sobie, tak
patetycznego uczucia. Nie czułem, żeby mnie uskrzydlała – wręcz przeciwnie,
każda sekunda napawała mnie przekonaniem, że to jest jak schorzenie, na które
istnieje lekarstwo, jednak jest ono na tyle nieosiągalne, że brak dostępu do
niego dosłownie przybijał mnie do ziemi. Czasami godzinami potrafiłem snuć się
bez celu niczym duch po dzielnicach Tokyo. Wcale nie miałem ochoty iść na ten
koncert, jednak wiedziałem, jak ważne to jest dla Yuuto. Nie chciałem zawieść również jego, choć zadawałem sobie sprawę z tego, że powoli oddalaliśmy się od
siebie. Spieprzyłem wszystko swoim egoistycznym zachowaniem, nigdy wcześniej
się nie kłóciliśmy, gdzie teraz sprzeczki coraz bardziej wkraczały do naszego
życia codziennego. To było jak schemat – Yuu miewał pretensje, że unikam go,
zaczynałem krzyczeć, mówiłem dużo, zdecydowanie za dużo i za często takie
rzeczy, których nie chciałem, chłopak obrażał się na mnie i płakał. Długimi
godzinami po prostu płakał. Sumienie ucierało się gdzieś powoli na granicy z mieniem
wszystkiego totalnie w dupie i potem przepraszałem już tylko jakby z obowiązku.
Miałem wrażenie, że coś ukrywał przede mną.
Dobrze znany dźwięk dzwonka do
drzwi zamącił ciszę w jakiej napoczynałem kolejną paczkę srebrnych Westów.
Ignorując momentalnie irytujący hałas niespiesznie odpaliłem jednego i kiedy
dym przyjemnie drapał mnie w gardło dźwignąłem się z ciepłego miejsca z kanapy, z którego miałem widok na pochmurną pogodę za oknem, która zdawałoby się
płakała dziś ze mną. Doczłapałem się bezszelestnie do frontowego wejścia, przesunąłem zamek i nacisnąłem klamkę. Uśmiechnięty od ucha do ucha Byou stał w
drzwiach. Bez przywitania wśliznął się w głąb pomieszczenia i postawił sporawą
butelkę drogiego winna na blacie wysepki kuchennej. Założył włosy za ucho tak,
że długie, srebrne kolczyki zadzwoniły, a jego blond fale opadły mu na ramiona.
Stał chwilę, szukając czegoś po szafkach, by po chwili z triumfalną miną
wyciągnąć z jednej otwieracz do korkowanego wina. Wcisnął ostrzejszą stronę w
miękką fakturę przedmiotu i docisnął ją do końca. Usłyszałem pomruk
zadowolenia.
- Nie uwierzysz kogo dzisiaj
spotkałem. – wyciągnął otwieracz z korkiem i podszedł do jednej z wiszących
szafek. Wyciągnął z niej dwie lampki do wina i chwytając je oraz otwartą już
butelkę dosiadł się do mnie. Rozlał płyn i podał mi jedno naczynie. – Mój stary
znajomy ze szkoły średniej pracuje w jednej z tych winiarni, których sieciówki
całkiem niedawno się otworzyły. – kontynuował widząc, że i tak raczej się nie
odezwę. Zawsze tak robił i byłem mu wdzięczny za to, że nie musiałem nic a nic
mówić. Nadrabiał to za nas oboje. – Mam kilka zdjęć. Chcę, żebyś je obejrzał. –
wyciągnął kopertę i podał mi ją. Otworzyłem i zacząłem przeglądać różnie
skompletowane ubrania. Spojrzał na mnie i zagryzł nerwowo wargi. – Pomożesz mi
coś wybrać na koncert? – rozłożyłem je wszystkie na stole przed sobą. Uważnie
przyglądałem im się przez chwilę i chwyciłem jedno, na którym cały strój był
skąpy i lateksowy. Nie mogło zabraknąć jednej z jego ulubionych par butów (istne
killer heels), których platforma i obcas miały łącznie jakieś 25 centymetrów.
- Zdecydowanie ten. –
wskazałem wcześniej wymieniony zestaw i podałem mu.
- Nie myślisz, że jak na
jeden z pierwszych koncertów to zbyt... wyzywające?
- Dla ciebie takie słowo nie
istnieje. – zaśmiałem się gorzko. Blondyn
uśmiechnął się i przytaknął.
- Racja.
Znalazłem sobie miejsce gdzieś w samym końcu pomieszczenia z dala od sceny. Zgromadzeni fani czekali skandowali, wypatrując wejścia chłopaków na scenę. Swoją pozycję uznałem za bezpieczną i pewną - mogłem stąd podziwiać Kazukiego. Zacząłem bawić się jednym z guzików mojej koszuli, kiedy okrzyki, wrzaski i piski stały się o wiele głośniejsze. Uniosłem głowę w kierunku sceny i przez gęsty tuman dymu i mgły spowitej w sali koncertowej próbowałem odnaleźć postać bruneta. Wszedł jako ostatni. Serce na jego widok przyspieszyło mi niemiłosiernie, poczułem falę gorąca, którą zaraz zastąpił zimny dreszcz, który przeszył cały mój kręgosłup. Wzdrygnąłem się i potarłem nerwowo skronie. Zauważyłem na ręce lidera bandaż zawiązany niezbyt dokładnie, spod którego wystawały szwy. Pomimo to dzierżył swoją gitarę pewnie i mocno. Uśmiechał się, jednak w tym uśmiechu, nie widziałem dawnego Kazukiego - lecz osobę, którą sam się stałem - chodzącą pod maską. Nogi ugięły się pode mną.
Byli już w połowie występu. Obserwowałem go cały czas, choć on mnie nie dostrzegał. Był zbyt daleko i zbyt pochłonięty grą. Widać, że świetnie się bawił z pozostałymi. Wysunął się na przód i z pasją sunął po strunach, grając swoją solówkę, kiedy na jego twarz wpełzł grymas bólu, a po zabandażowanej ręce spłynęła krew. Szwy pękły i to doszczętnie, on jednak nie przestawał grać, choć wiem ile bólu musiała mu sprawić tak obficie krwawiąca rana. Po sali rozniósł się pomruk zaskoczenia, wokalista spojrzał na lidera znacząco, oglądając jego rękę, na co ten pokiwał głową, aby blondyn nie przestawał śpiewać. Patrzyłem na to wszystko, czując ogromny ból rosnący w moim sercu. Tak bardzo chciałem mu wtedy pomóc, choć wiem, że nie mogłem nic a nic zrobić.
Zmierzając w kierunku garderoby usłyszałem głośne krzyki. Zdziwiony zaistniałą sytuacją lekko uchyliłem drzwi, z których dochodził hałas. Kazuki siedział z nowym bandażem na ręce, reszta zaś stała i wydzierała się na niego.
- Czy ty masz mózg?! - blondyn wściekle wymachiwał rękoma. - Mogliśmy sobie dzisiaj to wszystko odpuścić, i koncert i singiel mogły poczekać. Nie wierzę, jak możesz być tak uparty. - brunet obserwował to wszystko, nic nie mówił, jedynie przenosił swój wzork na osoby, które akurat wyrzucały na niego swoje skargi i zażalenia. Poruszyłem się niespokojnie i zahaczyłem o klamkę, otwierając drzwi jeszcze bardziej. Wtedy spojrzenia - moje i lidera spotkały się. Chłopak otworzył na mój widok usta, chcąc coś powiedzieć, jednak zamknął je po chwili. Zignorował pozostałych i ruszył pewnie w moim kierunku. Wpadłem.
Znalazłem sobie miejsce gdzieś w samym końcu pomieszczenia z dala od sceny. Zgromadzeni fani czekali skandowali, wypatrując wejścia chłopaków na scenę. Swoją pozycję uznałem za bezpieczną i pewną - mogłem stąd podziwiać Kazukiego. Zacząłem bawić się jednym z guzików mojej koszuli, kiedy okrzyki, wrzaski i piski stały się o wiele głośniejsze. Uniosłem głowę w kierunku sceny i przez gęsty tuman dymu i mgły spowitej w sali koncertowej próbowałem odnaleźć postać bruneta. Wszedł jako ostatni. Serce na jego widok przyspieszyło mi niemiłosiernie, poczułem falę gorąca, którą zaraz zastąpił zimny dreszcz, który przeszył cały mój kręgosłup. Wzdrygnąłem się i potarłem nerwowo skronie. Zauważyłem na ręce lidera bandaż zawiązany niezbyt dokładnie, spod którego wystawały szwy. Pomimo to dzierżył swoją gitarę pewnie i mocno. Uśmiechał się, jednak w tym uśmiechu, nie widziałem dawnego Kazukiego - lecz osobę, którą sam się stałem - chodzącą pod maską. Nogi ugięły się pode mną.
Byli już w połowie występu. Obserwowałem go cały czas, choć on mnie nie dostrzegał. Był zbyt daleko i zbyt pochłonięty grą. Widać, że świetnie się bawił z pozostałymi. Wysunął się na przód i z pasją sunął po strunach, grając swoją solówkę, kiedy na jego twarz wpełzł grymas bólu, a po zabandażowanej ręce spłynęła krew. Szwy pękły i to doszczętnie, on jednak nie przestawał grać, choć wiem ile bólu musiała mu sprawić tak obficie krwawiąca rana. Po sali rozniósł się pomruk zaskoczenia, wokalista spojrzał na lidera znacząco, oglądając jego rękę, na co ten pokiwał głową, aby blondyn nie przestawał śpiewać. Patrzyłem na to wszystko, czując ogromny ból rosnący w moim sercu. Tak bardzo chciałem mu wtedy pomóc, choć wiem, że nie mogłem nic a nic zrobić.
Zmierzając w kierunku garderoby usłyszałem głośne krzyki. Zdziwiony zaistniałą sytuacją lekko uchyliłem drzwi, z których dochodził hałas. Kazuki siedział z nowym bandażem na ręce, reszta zaś stała i wydzierała się na niego.
- Czy ty masz mózg?! - blondyn wściekle wymachiwał rękoma. - Mogliśmy sobie dzisiaj to wszystko odpuścić, i koncert i singiel mogły poczekać. Nie wierzę, jak możesz być tak uparty. - brunet obserwował to wszystko, nic nie mówił, jedynie przenosił swój wzork na osoby, które akurat wyrzucały na niego swoje skargi i zażalenia. Poruszyłem się niespokojnie i zahaczyłem o klamkę, otwierając drzwi jeszcze bardziej. Wtedy spojrzenia - moje i lidera spotkały się. Chłopak otworzył na mój widok usta, chcąc coś powiedzieć, jednak zamknął je po chwili. Zignorował pozostałych i ruszył pewnie w moim kierunku. Wpadłem.
Jezu. Krzyczę. Mentalnie, ale jednak. W mojej głowie co chwilę pojawia się pytanie "Dlaczego do cholery?". Właśnie nadszedł ten moment kiedy historia zaczyna mnie denerwować, frustrować, ale nie w negatywnym sensie. Cholernie odczuwam wszystko co się dzieje. Akiro, przeszłaś samą siebie // Sumire
OdpowiedzUsuńMoże i wysłałem Ci mój dokładny komentarz sms'em to postanowiłem, że tutaj też coś dodam(to byłoby dziwne gdybym nic nie napisał). Nie napiszę o tym jaki świetny, genialny, 'och i ach' jest ten rozdział bo to dosyć często ode mnie słyszysz i dobrze o tym wiesz mimo, że próbujesz czasem zaprzeczać. Otóż nie wiem jak ty to wszystko robisz, opisy nazbyt znajome, jedynym moim zażaleniem jest to, że rozdział jest za krótki i zbyt wciągający *gapi się na swoją lekturę, którą na wczoraj miał przeczytać, a za kilka godzin czekają go 2 godziny rzezi* O lenistwo,nawet nie chce mi się przeczytać tych nieszczęsnych 82 stron. Życzę Ci utrzymania dobrej passy i nowych pomysłów na rozdziały, trzymaj się! (◎_◎;) Ten emotikon chyba idealnie opisuje moją minę po przeczytaniu tego rozdziału, zabawne.
OdpowiedzUsuńAkiro, to jest cudowne! Strasznie mi przykro bo za krótkie. Czekam niecierpliwie na następny.
OdpowiedzUsuńŚwietny ten rozdział, chyba chcesz żebym wypłakała się na śmierć TT.TT
OdpowiedzUsuńGdyby ktokolwiek widział moją minę podczas czytania tego rozdziału, zapewne umarłby ze śmiechu.
OdpowiedzUsuńOczywiście rozdział jest genialny jak zawsze Akirko.
Trzymaj się ciepło i niech nie zabraknie Ci weny! A gdybyś chciała porozmawiać to masz mojego meila i numer gadu-gadu. <3 //Yoshike
Omg zaczęłam dość niedawno czytac twoje opowiadanie. Ale jest tak genialne, że nie mogę sie doczekać kolejnych rozdziałów. Aww *___*
OdpowiedzUsuń