Rozdział XVII

Przejmujący chłód, jak na ciepłą porę roku przeszył mnie, kiedy tylko z wolna wyłoniłem się z za rogu jednej z niewielkich tokijskich dzielnic. Włóczyłem się z Byou po mieście, jako iż moja druga połówka postanowiła zająć się sobą i tylko sobą. Odbierając jakby znikome bodźce otoczenia, nie dawałem po sobie poznać, że tak naprawdę nic tam do środka nie dociera. Coś wpadało jednym uchem, aby z prędkością światła wypaść przez drugie. Czułem dziwnie znajomą pustkę, która echem zahuczała w mojej głowie. Byłem rozbawiony własnym zachowaniem i jednocześnie dociekliwie, jak mały ciekawski bachor starałem się zrozumieć przyczynę dziwnego zachowania mojej osoby. Ponownie skarciłem się w myślach. To przecież idiotyczne. Szklane wystawy odbijały zniekształconą postać, którą byłem ja, nieziemsko rażąc mnie po oczach masą tych upierdliwych neonów zachęcających do kupna tego całego gówna, które te sklepy oferowały. Potrząsnąłem lekko głową i otarłem wierzchem dłoni nos, kiedy zebrało mi się, sam nie wiem, czy na kichnięcie czy na kaszel. Stanąłem na chwilę w miejscu, zastanawiając się, czy kiedy kichnę przypadkiem się nie uduszę, wtedy wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia i zupełnie zapomniałem co miałem zrobić, kiedy dostrzegłem gablotkę z  dzisiejszą gazetą dzienną i dostrzegłem tam swoje imię i nazwisko. Podszedłem bliżej i jak zahipnotyzowany czytałem mozolnie linijki tekstu, przetwarzając informacje, choć mam wrażenie, że zupełnie nie wiedziałem co czytam. Roześmiany blondyn spoglądając na zachmurzone niebo, stanął obok mnie i również przyjrzał się temu, jak dla mnie niecodziennemu zjawisku.
- Zaskoczony? – w odpowiedzi rozdziawiłem jedynie usta,o mało co  nie krztusząc się śliną i kiedy zachłysnąłem się powietrzem ponownie pomyślałem o tym, że chciało mi się kichać. Nic bardziej mylnego. – Tylko się nie uduś królewno, nie mam kasy na koncie i nie mam jak dzwonić po karetkę, a nieść cię na pogotowie nie będę.
- Przecież na pogotowie dzwoni się za nic. – wróciłem do żywych i spojrzałem z niemałym poirytowaniem w stronę swojego towarzysza.
- Nic, to ja mam na karcie kredytowej. – załkał blondyn i ze smutkiem poklepał się po kieszeniach.
- Zupełnie nie rozumiem. – zdziwiłem się. – Przecież dajecie koncerty, płyta się sprzedaje, powinieneś zarabiać, jak normalny pracujący człowiek.
- Wytwórnia nam jeszcze nie wypłaciła pieniędzy z tego miesiąca. – blondyn podrapał się ręką w głowę.
- No to rzeczywiście dziwnie. – wróciłem do poprzedniego stanu transu, ponownie jeszcze raz literując krzaczki z pierwszej strony gazety. Byou ciągle coś do mnie mówił, jednak zupełnie to zignorowałem, zapatrzony we własną osobę. Wtedy potrząsnął mną.
- Idziemy?
- Mhm. – Jeszcze przez chwilę rzucałem puste spojrzenie w stronę gablotki, po czym sięgnąłem do kieszeni marynarki i wyciągnąłem jedną cygaretkę. Szarpiąc się z kieszeniami, zacząłem wyklinać pod nosem, kiedy Byou podstawił mi ogień pod nos. Uśmiechnąłem się do niego kątem ust i odpaliłem upragniony tytoń, który natychmiastowo podrażnił moje gardło i docierając do każdego, możliwego zakamarka płuc, wywołał uczucie niesamowitego odprężenia. Powolutku wypuściłem dym, tworząc żagiel*(żagiel w paleniu polega na tym, że wypuszczany ustami dym wciągamy nosem.) i przymykając powieki wypuściłem go mozolnie nosem.  

Przyjrzałem się uważnie blondynowi który kręcąc biodrami otwierał koniak i wesoło nucił coś pod nosem. Ponownie z naiwnością dziecka, próbowałem obmyślić teorię skomplikowaną i zawiłą, skąd w tym gościu metr siedemdziesiąt, jest tyle pokładów energii i nie opisanego szczęścia, gdzie równanie na moje było bardzo proste – szczęście nie istnieje. Przekręciłem głowę jak szczeniak i ściskając brwi, byłem u schyłku rozwiązania zagadki odwiecznej, kiedy Byou odchrząknął i dosiadł się do mnie, zupełnie wyrywając mnie z mojego światka fizyki pierdołowej. Mógłbym zostać ekspertem w tej dziedzinie.
- Ostatnio chyba nie najlepiej się czujesz, czyż nie mam racji? – zapytał, zupełnie nie spoglądając mi w oczy. Postawił przede mną lampkę z trunkiem, sam zaś zaczął powoli spijać swój, mrucząc jak kot.
- Zależy, co masz na myśli mówiąc, że źle się czuję.
- Stan zarówno psychiczny jak i fizyczny. – odstawił na bok szklankę i rozsiadł się wygodnie, tym razem rzucając mi spojrzenie pełne oczekiwania bliższych i konkretniejszych szczegółów. Westchnąłem ciężko. On był chyba jedyną osobą, której tak naprawdę i bezgranicznie ufałem. Długo nie potrafił przyznać mi się do tego, że Kazuki był jego obiektem westchnień. Teraz kiedy to wspomina, wyśmiewa się z tego i niesamowicie brzydzi się tym uczuciem do niego. Cały czas, delikatnie wiercąc dziurę w mojej podświadomości ukazywał mi, jaki brunet jest naprawdę – że nie jest tym ideałem, który wydawał mi się być gdy go poznałem. Cieszyłem się, że odwiódł mnie, od tego, żebym wyznał Kazukiemu to, co czuję. Dopiero po tak długim czasie byłem w stanie zrozumieć, jaki popełniłbym błąd. Uważałem go, za przyjaciela bliskiego sercu. Coś jak brat, którego nigdy nie miałem. Uśmiechnąłem się promieniście do swoich myśli i znów jak małe dziecko, spojrzałem na niego z politowaniem.
- Z tej troski o mnie, kiedyś się przejesz. Co za dużo to nie zdrowo. – Ponownie spuściłem głowę i spojrzałem, na zawartość swojej szklanki. Zacząłem kołysać nią na boki i uważnie obserwowałem, zdeformowany kształt mojej twarzy, odbity w półprzezroczystym płynie.
- Ichi, nie urodziłem się wczoraj, więc mów o co chodzi. – był stanowczy. Ale zawsze taki był, kiedy bardzo chciał coś wiedzieć. Był równie dociekliwy jak ja. Ponownie posłałem mu uśmiech pełen politowania i odłożyłem swój koniak na szklany stół. Rozsiadłem się wygodnie. Miałem dziwne przeczucie, że to nie będzie w żaden sposób przyjemna rozmowa.
- Bardzo bym chciał powiedzieć ci, z pełnym przekonaniem i brakiem ironii w głosie, że wszystko jest jak najbardziej w porządku. Ależ oczywiście mogę to powiedzieć, jeśli chcesz to usłyszeć, jednak okłamałbym cię. – zrobiłem chwilę pauzy. Wypuściłem głośno powietrze, przymykając powieki i zastanawiałem się jak odpowiednio zacząc temat, który do moich ulubionych nie należał. Splotłem dłonie i wiercąc się niespokojnie, przełknąłem ślinę. Wciąż czekał na mój ruch. – Po prostu odnoszę wrażenie, że Yuu mnie zdradza.

Chyba każdy miewa gorsze dni. Nie poznałem jeszcze bynajmniej takiej osoby, która by choć w najmniejszym stopniu nie zaznała w życiu cierpienia. Znałem jedynie takich, którzy potrafili akceptować pewne rzeczy i umieć na nowo cieszyć się tym co jest teraz, zostawiając przeszłość daleko gdzieś za sob, zamkniętą na klucz w celi, gdzie owy klucz wyrzucali daleko za siebie. Byłem dla nich pełen podziwu i mógłbym się od nich wiele nauczyć. Taką ckliwą gadką po raz kolejny próbuję odwlec od siebie myśli, że Yuuto, jest nie do końca szczery ze mną. Ostatnio dziwnie się zachowuje. Zupełnie jak nie on. Mogę spróbować dalej się oszukiwać, że wszystko jest zupełnie w porządku, ale nie wiem ile jestem w stanie wytrzymać. Wiadomo, że czasem każdy związek przechodzi jakiś swój kryzys, mniejszy czy większy. Ale któryś z kolei? To już nie jest normalne. Tym bardziej, że brunet nie chce ze mną rozmawiać. Słyszę ciche trzaśnięcie drzwiami.Wrócił. Nie wiem gdzie był, z kim był, a co najważniejsze – co robił. Zawsze się wymiguje. Powoli wchodzi do naszej sypialni. Udaję, że śpię, odwrócony do niego tyłem, oddycham miarowo i spokojnie. Spoglądam przez okno i zaciskam wargi, by się nie zdradzić. Słyszę jak powoli się rozbiera i nic nie mówiąc unosi ciepły koc i kładzie się obok mnie, bardzo spokojnie, zapewne nie chcąc mnie obudzić. Przysuwa się blisko i podpierając się na moim ramieniu, składa pocałunek na moim policzku i szepcze – kocham cię. Potem odwraca się ode mnie i układając wygodnie, słyszę, jak jego oddech robi się płytki i miarowy. Zasnął. „Kocham cię.” Dlaczego kłamiesz? Myślisz, że nie czuję zapachu perfum obcej, nieznanej mi osoby? Że nie widzę tych wszystkich pieprzonych malinek na twojej szyi, których nie byłem „twórcą”? Że nie czuję tego, że nie pożądasz mnie tak jak kiedyś? A co najważniejsze, że nie wierzę już, w ani jedno twoje słowo? Łzy mimowolnie spływają mi z każdą następną myślą, a ja cichutko zaczynam łkać, mocząc włosy i poduszkę. Brzydzę się tobą i nienawidzę cię  z całego serca, jednak nie potrafię przyznać się przed sobą, że dalej cię kocham i nie umiem cię zostawić. I mimo, że będąc z tobą i przebywając w twojej obecności – czuję się samotny.

- Nie będę cię okłamywać. – na te słowa, poczułem jak moje serce w zupełności podeszło mi do gardła, a uczucie stresu opanował dolną partię brzucha. Czyli jednak Byou coś wiedział. – Też to, niestety, podejrzewam. – podniósł się z kanapy i podszedł do okna. Uciekł przed moim spojrzeniem, jakby bał się prawdy. Poczułem jak drżą mi ręce. Miałem wrażenie, że nie chciałem wiedzieć tego, co za chwilę mi powie. Walczył jeszcze chwilę ze swoimi myślami, po czym westchnął głęboko. – Widziałem go ostatnio, z jakimś typem, którego nikt z nas nie znał, ani nawet wcześniej nie widział. Na początku to nie wyglądało podejrzanie, nawet sam Yuu kiedy go o to zapytałem powiedział mi, że załatwia z nim tylko jakieś pierdołowate sprawy związane z zespołem, że cały ten gość pracuje w radiu i ma nam pomagać w promocji. Jednak kiedy te swoje „sprawy biznesowe” zaczęli załatwiać w klubach i... – blondyn zawiesił się na moment i zachłysnął powietrzem. Czułem jak łzy napłynęły mi do oczu. - ...i hotelach. – po tych słowach zakryłem dłońmi usta, tłumiąc zbierający się we mnie żal i wściekłość. Zacząłem się trząść i kląć w myślach – to na siebie, to na Yuu, to znowu na siebie, a potem na tego gnojka. Wszyscy mieli rację, jednak zaślepiony własnymi racjami zaufałem – nie prawdzie – a własnym przekonaniom, które niczym nie były poparte. Wszystko mi się zawaliło. Poczułem jedynie ogromną ochotę wejść na drapacz chmur, który znajdował się przed nami i poddając się, rzucić się z ostatniego piętra n dół. To prawda, sam nigdy nie byłem grzeczny. Na początku naszej znajomości myślałem, że nic z tego nie będzie, bo wszystko potoczyło się dziwnie i spontanicznie.  Yuuto wydał mi się być prostą ścieżką, do szybkiego wspięcia się po szczeblach kariery zawodowej. Chodziło głównie o kasę, nie obchodziło mnie czy żyje czy nie, co się z nim dzieje. Nie zależało mi na relacji z nim, tylko na własnej wygodzie. Wyśmiałem jego zupełną naiwność i to, że nie widział tego, jak go wykorzystałem. Z czasem wyszło zupełnie inaczej. Stał się dla mnie ważną osobą i podparciem w trudnych chwilach. Czułem się kochany i bezpieczny, choć sam nie potrafiłem tego oddać w takim stopniu jak on. Przekonania do mojego uczucia potwierdziły się, kiedy byłem gotów rzucić wszystko i nawet zamieszkać w kartonowym pudle pod mostem – byleby z nim. Potem... Potem trafiłem na Kazukiego i wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej, niż na początku. Chciałbym uwierzyć, że kiedyś będę szczęśliwy, jednak prawdziwe szczęście nigdy nie było mi dane. W tej chwili, nie wierzyłem już w nic.
- Co zamierzasz? – Byou odezwał się po chwili, bardzo niepewnie i cicho. Uspokoiłem się odrobinę i wyprostowałem, ocierając mokre policzki.
- Nie wiem. Zupełnie nie wiem. – powiedziałem, dławiąc się łzami. – Chyba muszę z nim pogadać. Jeśli on naprawdę mnie... – to słowo nie mogło mi przejść przez gardło. - ...jeśli naprawdę nie ma nic na rzeczy, to nie ma sensu tego ciągnąć.

Stałem w oknie naszego mieszkania, przy zgaszonych światłach, czekając na Yuu. Była druga nad ranem, byłem zmęczony i wycieńczony od ciągłego płaczu. Niesamowity ból rozrywał mnie od środka.  To tak jak w koszmarach sennych. Chcesz uciec – nie potrafisz. Chcesz krzyczeć – coś cie blokuję. Chcesz walczyć – jednak twój wewnętrzny lęk wygrywa z tobą, okazując się jako bezlitosny przeciwnik, który stosuje wszystkie chwyty i łapie się twoich słabości. Niespokojnie kręciłem się pod oknem, kiedy zauważyłem Yuuto z tym kolesiem, o którym wspominał mi Byou. Kiedy odprowadził go, pod bramy ogrodzenia, pocałował go krótko w policzek i zniknął gdzieś, między gęstymi drzewami i lekką mgłą, unoszącą się tej nocy w powietrzu. Czyli to jednak była prawda. Wziąłem głęboki oddech. Czas najwyższy zakończyć ten koszmar. Usłyszałem szczęknięcie zamka od drzwi i skrzypnięcie, mozolne i długie.
- Nie śpisz jeszcze, kochanie? – miałem ochotę zwymiotować, kiedy tak mnie nazwał. Co on sobie w ogóle wyobrażał? Pokręciłem głową i zaśmiałem się ironicznie. Nie mogę być teraz słaby. Z perfidnym uśmiechem na ustach, odwróciłem się do Yuu i zakładając ręce na piersi, żachnąłem.
- I jak, kochanie? – ostatnie słowo zaakcentowałem, z wyraźnym obrzydzeniem. – Dobrze się bawiłeś?
- Nie rozumiem. – powiedział, zdejmując kurtkę, po czym rzucił ją niedbale gdzieś w kąt. Podszedł do mnie i pocałował mnie bardzo zachłannie. Odepchnąłem go z niemałą siłą. Zaskoczony spojrzał na mnie i wlepił we mnie, swoje zdziwione do granic możliwości spojrzenie.
- Czy ty myślisz, że wszystko da się załatwić seksem? – wrzasnąłem i wtedy skuliłem się lekko.
-Ichi wszystko ok? – zapytał, jednak w tamtej chwili dotarła do mnie jedna, bardzo ważna rzecz.

Yuuto zbliżał się nie spiesznie, było to raptem kilka chwil, które dla mnie były teraz jak wieki.  W końcu poczułem, jak delikatnie musnął moje wargi. Oderwał się ode mnie, by spojrzeć mi w oczy. Chciałem ponowić pocałunek, kiedy zaczęło kręcić mi się w głowie. Świat zaczął wirować, kolory się wyostrzyły, słyszałem jakieś dziwne dźwięki, miałem ochotę krzyczeć, jednak jedyne na co się wydobyłem to szept. Złapałem się za głowę. Cholera, co się dzieje? Przed oczami migały mi jakieś kształty, obraz falował i rozpływał się. Ostatnie co zobaczyłem to twarz Yuuto, która teraz przybrała wyraz triumfu i jego słowa:
- No to teraz się zabawimy, kochanie.
- Coś ty mi… - chciałem powiedzieć coś, kiedy zebrało mi się na wymioty. Chłopak w dalszym ciągu stał nieruchomo. Założył ręce na piersi i prychnął.
- Jak można być takim naiwnym? – zapytał z pogardą. – Dałeś się wrobić, jak pierwsza lepsza dziwka. I teraz właśnie taką będziesz. – postawił kilka kroków w moją stronę. Chciałem uciec, jednak wszystkie części ciała odmówiły mi posłuszeństwa. – Nie uciekniesz przede mną. Choćbyś chciał. – wtedy chłopak lekko popchnął mnie, a ja upadłem. – Coś nie tak, kochanie? Nie mów, że ci się nie podobam. – pociągnął mnie do pionu i wziął na ręce.
- Czego chcesz? – zapytałem słabo. Nie miałem nawet siły się bronić.
- Ciebie. – powiedział i oblizał obscenicznie usta. Wchodziliśmy z parku. Byłem kompletnie bezwładny. Podeszliśmy pod postój taksówek. – Piśnij choć słowo, a poderżnę ci gardło. – powiedział ostro, i zauważyłem, jak przytyka mi całkiem spory nóż do gardła. – Dociera? – pokiwałem głową. – Grzeczna kurwa. – Wsiedliśmy do jednego z pojazdów. Mężczyzna spojrzał na nas wystraszony.
- Dokąd? – zapytał drżącym głosem. Yuuto podał dokładny adres i rzucił mężczyźnie sporą ilość pieniędzy.
- To wszystko będzie twoje, jeśli zawieziesz nas tam szybko. – taksówkarz pokiwał głową, w geście zrozumienia.
- Czy wszystko z nim w porządku? – mężczyzna spojrzał na mnie. Widziałem, jak pojedyncza kropla potu spływa po jego czole. Ręka Yuu mocno zacisnęła się na moich żebrach, Poczułem ogromny ból. Jednak zrozumiałem, o co mu chodzi. Uśmiechnąłem się.
- Proszę się nie martwić, jestem po prostu bardzo zmęczony. – powiedziałem, starając się nie zawyć z bólu. Chłopak rozluźnił uścisk i pogłaskał mnie po plecach. Po jakiś dwudziestu minutach byliśmy na miejscu. Yuuto pchnął mocno drzwi i zamknął je z hukiem. Szedł szybko, pomiędzy apartamentowcami. Kiedy wszedł do jednego z nich, udaliśmy się do windy. Jej drzwi się rozsunęły wtedy chłopak wszedł do nich i nacisnął guzik z którymś piętrem. Zaczął nerwowo tupać nogą. Kiedy zbliżaliśmy się do jego mieszkania, jedna z jego sąsiadek spojrzała na nas z oburzeniem. Yuuto zignorował to i otworzył drzwi. Od razu skierował nas do sypialni i położył mnie na łóżku. Zrzucił z siebie kurtkę i usiadł na mnie. Zaczął mnie rozbierać. Łzy napłynęły mi do oczu. Karciłem się za bycie takim naiwnym. Nie mogłem się poruszyć, nie mogłem krzyczeć. Zaraz czeka mnie najgorsze. Krople popłynęły po mojej twarzy. Chłopak zaprzestał czynności i spojrzał na mnie.
- Będę delikatny. – powiedział i spojrzał mi w oczy. Otarł moje mokre policzki i ucałował je. – Obiecuję, że jutro nie będziesz nic pamiętać. Załkałem cicho. Chciałem umrzeć w tamtej chwili. Czułem się upokorzony i poniżony, do granic zdrowego rozsądku. Yuuto uniósł się do mojej twarzy i spojrzał zaskoczony. – Nie płacz, kochanie... – jednak ja dalej szlochałem cicho, bo tylko na tyle było mnie wtedy stać. – Ciii... – Zamruczał delikatnie i z niesamowitą jak dotąd czułością, delikatnie musnął moje ust, by po chwili z czułością powtórzyć to raz jeszcze. Uspokoiłem się odrobinę, sam nie wiedzieć czemu. Poczułem przyjemność, płynącą z tak prostej pieszczoty. Lekko zamglonymi oczami spojrzałem na niego, kiedy odsunął się ode mnie i przekręcił głowę na ok, uśmiechając się ciepło. – Nie mogę. – powiedział i westchnął. – Nie mogę patrzeć, jak cierpisz, kochanie. Jesteś taki delikatny, piękny. Po co burzyć to piękno tymi łzami? – zapytał i otarł moje mokre policzki. Przyglądałem mu się bardzo uważnie. – Nie chcę, by moje szczęście było smutne. – wówczas brunet zszedł ze mnie i ułożył się obok, nakrywając nas kocem. W tamtej chwili nic już kompletnie nie rozumiałem. Przekręcił mnie do siebie (jako, że ja nie mogłem się ruszyć) i objął mocno. W jednej chwili poczułem się pewnie i bezpiecznie, choć jeszcze kilka minut temu, mógłbym przysiąc, że zostanę zerżnięty, jak tania prostytutka.

- Ichi...? – Yuu uniósł moją twarz i spojrzał na mnie uważnie. Odsunąłem go od siebie i spojrzałem wściekle i z chęcią mordu.
- Ty... Ty chciałeś mnie zgwałcić.
- Co? – Yuu wydał się być zaskoczony moimi słowami. – Co ty najlepszego wygadujesz? Jesteś przemęczony, połóż się lepiej i wyśpij porządnie.
- Chciałeś mnie zgwałcić. – powiedziałem już o wiele pewniej. – Dokładnie tego dnia, którego się poznaliśmy. – chłopak był wyraźnie zszokowany i przestraszony.
- Chyba ci się to przyśniło. – powiedział cicho i ledwo słyszalnie. – To przecież idiotyczne? Nie uważasz? – plątał się i jąkał, starając się zachować pozory. Szło mu to cholernie niezdarnie.
- Co, tego kolesia pod blokiem też masz zamiar zgwałcić? A może nawet po gwałcie chciałbyś go zabić? – zaśmiałem się perfidnie Yuu w twarz i z maniakalnym wzrokiem mordercy spojrzałem na pierścionek zaręczynowy. Minąłem bruneta i stanąłem przed drzwiami wejściowymi. – Możesz zatrzymać ten pierścionek. Ale z nami koniec.


Kolejny parny czerwcowy dzień dał mi się we znaki, niesamowitą duchotą. Zagrzebany po uszy w papierkowej robocie starałem się nie kopać się bardziej w swojej żałosności. Odkąd rozstałem się z Yuuto, nic już nie było takie samo. Straciłem sens i poczucie jakichkolwiek wartości płynących z życia. Żyłem, bo musiałem. Choć ostatnio co raz częściej czułem chęć całkowitego poddania się i przejścia na drugą stronę. Brak cierpienia brzmiał niezwykle kusząco i zachęcająco, jednak pewna blokada wewnątrz mnie nie potrafiła tak po prostu siebie wykończyć. I tak zataczając się w błędnym kole, dzień za dniem żyłem od świtu do zmierzchu, z nadzieją, na nadejście lepszego jutra. Było niewiele po godzinie szesnastej. Chłopaki stroili sprzęt, ja zaś raz coś podpisywałem, raz coś kreśliłem, innym razem darłem na maleńkie kawałki. Robota była bardzo nużąca i przytłaczająca, a ja powoli stawałem się co raz bardziej senny. W pewnym momencie nie zorientowałem się, kiedy przytulony twarzą do biurka zasnąłem, jak małe dziecko. Obudził mnie dosyć nieciekawy dźwięk. Zerwałem się jak opętany, kiedy usłyszałem klucz szczękający w drzwiach frontowych sali prób. Spojrzałem na zegarek - było po godzinie dwudziestej pierwszej. Właśnie zamknięto całe studio, a wraz z nim - mnie. Podbiegłem najszybciej jak to możliwe do drzwi i zacząłem wściekle walić w nie pięściami. Mogłem się jedynie połudzić o cud, bo całe pomieszczenie było dźwiękoszczelne. Zrezygnowany zsunąłem się na ziemię i wyjąłem komórkę - zero zasięgu. Miałem ochotę strzelić sobie w łeb, pecha mógłbym powoli zacząć nazywać swoim nowym przyjacielem. Doznałem zaś niemałego zdziwienia, kiedy ze schowka na sprzęt wyszedł lider zespołu vel hrabia Kazuki, który zdawał się być równie zaskoczony jak ja, zaistniałą sytuacją. Zaklął coś pod nosem i z ogromną niechęcią malującą się na twarzy, podszedł do mnie.
- Co to ma być? - zapytał wściekle. 
- Mnie się pytasz?
- To są jakieś kpiny. - kopnął wściekle drzwi frontowe i rzucając wszelakie klątwy na wokalistę odszedł w przeciwnym kierunku. Rozsiadł się na sofie i głęboko nad czymś rozmyślał. W ty momencie przypomniałem sobie, że możliwie w jednej z szuflad znajdowały się klucze zapasowe - Manabu wspominał mi kiedyś o tym. Z kłębiącą się nadzieją, podbiegłem do biurka i tłukąc się niemiłosiernie, szukałem upragnionego przedmiotu. 
- Możesz być ciszej?! - wrzasnął poirytowany Kazuki. 
- Szukam klucza, dupku. - odpowiedziałem zupełnie obojętnie, nawet nie przenosząc na niego wzroku. Kiedy przewróciłem do góry nogami wszystkie półki, przegrany jęknąłem i uderzyłem głową o blat. 
- I co? - zapytał po chwili ciszy brunet. 
- A jak myślisz? Jesteśmy w potrzasku. - podniosłem się i rozejrzałem po pomieszczeniu.
- Świetnie. Musze tu siedzieć z tobą do rana. - powiedział, z wyraźną pogardą w głosie. Spojrzałem w jego stronę, wściekle i poirytowany do granic możliwości. Tylko tego mi do szczęścia brakowało.  
- Słuchaj ja też nie jestem szczęśliwy z tego powodu, więc zamknij się i nie utrudniaj. Masz jakiś problem? - zapytałem, zupełnie poważnie. Kazuki podniósł się z sofy i podszedł kilka kroków bliżej.
- Owszem, mam. I to ty nim jesteś. Odkąd pojawiłeś się w zespole, tylko wszystko rujnujesz. Było w porządku, ale wtedy Yuuto musiał cię tu przyprowadzić. Czy ty masz jakąś satysfakcję, z niszczenia ludziom życia? - spojrzałem zaskoczony, w brązowe oczy lidera.
- O czym ty mówisz? Kiedy zacząłem z wami pracować, zdawało się, że mnie nawet tolerowałeś, a co nawet więcej, mam ci przypomnieć, co działo się tamtej nocy w klubie? Z tym twoim fałszywym i ckliwym wyznaniem?
- Lubiłem? - Kazuki zaśmiał się wrednie. - Prawda jest taka, że nienawidziłem cię od samego początku. - Tym zdaniem kompletnie wbił mnie w ziemię. Spuściłem wzrok i czekałem, aż zgnoi i zrówna mnie z błotem do końca. Jednak brunet tylko westchnął ciężko i zdawałoby się, że się uspokoił. Podszedł jeszcze bliżej. - Nienawidziłem cię za to, jaki jesteś. Nienawidziłem cię za to, jak traktowałeś innych. Nienawidziłem cię, za twoje zaślepienie pracą. Nienawidziłem cię, za to, że nie dostrzegasz pewnych oczywistych rzeczy. - uniosłem głowę i spojrzałem mu w oczy. - Nienawidziłem cię za to, jak się uśmiechasz. Za to, z jakim pożądaniem patrzyłeś na Yuu. Za twoje oczy. Sposób bycia. Ale najbardziej w tym wszystkim znienawidziłem siebie za to, że od naszego pierwszego spotkania nie potrafiłem przestać cię kochać, mimo iż wiedziałem, że należysz do Yuuto. - nie dotarło do mnie ostatnie wypowiedziane przez niego zdanie. Stałem jedynie jak słup soli, nie wiedząc co zrobić ze sobą. Poczułem się wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie. - Ichi, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że odrzucisz wszystko to, co powiedziałem. Czy mogę cię jedynie o coś poprosić? 
- Ale...
- Zamknij na chwilę oczy. - Kazuki odezwał się, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. Posłusznie wykonałem polecenie. Poczułem, że jego  dłoń swobodnie wplątuje się w moje włosy, druga zaś przyciska mocno do siebie, jakby bał się, że zaraz mu gdzieś ucieknę. Jego oddech wyraźnie się do mnie przybliżył. Powoli, wręcz niewyczuwalnie złożył pierwszy i bardzo krótki pocałunek na moich ustach. Świat mi zawirował, a czas stanął w miejscu, na dotyk jego ust. W tej chwili, bardzo się ucieszyłem, że zostaliśmy zamknięci w tej sali. Sam przybliżyłem się i pewnie oddałem pocałunek, czując, jak chłopak wkłada w to wiele uczucia i czułości, aż w brzuchu zawirowały mi motylki. Zupełne szaleństwo. Przy Yuu, nigdy czegoś takiego nie czułem. Kazuki nie dał za wygraną i z pożądaniem, wpijał się w moje wargi raz po raz, sprawiając, że kompletnie straciłem zmysły. Jego unikatowy zapach był jak afrodyzjak, jeszcze bardziej tylko mnie nakręcał w pocałunkach. Lider wówczas zwolnił i składając ostatni krótki pocałunek, dysząc ucałował moje czoło. Pragnąc jego dotyku i doznać jeszcze raz tej fali emocji natychmiastowo wtuliłem się mocno w niego. Kazuki pogładził mnie po plecach i przytulił mocno do siebie. Zaczął przeczesywać moje włosy.
- Jesteś idiotą. - powiedziałem, tłumiąc w sobie łzy szczęścia. - Kocham cię i obiecaj mi, że już nigdy nie zostawisz mnie samego.
- Obiecuję. - odparł mi, wyraźnie szczęśliwy jak ja. Czułem, że w końcu nastał dla mnie dobry czas.    

5 komentarzy:

  1. Dalejdalejdalej! :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Śliczne. Poryczałam się. Jak prawie zawsze ;;

    OdpowiedzUsuń
  3. Długo oczekiwałam tego rozdziału. Warto było. Jak zwykle się nie zawiodłam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne. Cudowne. Płakałam. //Yoshike

    OdpowiedzUsuń

Ostrzegam, że komentarze pisane pod rząd będą usuwane. To nie polega na tym, żeby jedna osoba ciągle komentowała wpis z anonima. Nie nadużywajcie tego, inaczej zostanie zdjęta opcja anonimowego dodawanie komentarzy. Z góry dziękuję.