-Jesteś pewna co do tego, moja droga? – zapytał
bardzo cicho. Bał się tego pytania, a co ważniejsze – bał się jej. Nieprzyjemny
powiew wiatru schłodził zimne, marmurowe ściany. Tak zimnie, jak jej serce.
Nawet nie drgnęła. Jedynie spoglądała na zbierającą się burzę. Niebo
przybierało smutny, szary kolor. Mężczyzna czuł, jak zalewa go zimny pot.
Wyczekujące zaś spojrzenie wlepił w wybrankę swojego życia. Nie taką ją
pamiętał.
Zawsze wydawała się być szczęśliwa. Drobnostki powodowały uśmiech na jej twarzy – lekki, majowy deszcz, herbata o dwunastej trzydzieści, dźwięk budzących ją skowronków, zapach marcowych przebiśniegów czy smak kwitnących w sadzie owoców. To zawsze ona potrafiła podnieść wszystkich na duchu, kiedy mieli trudny okres. Czuł, że przy tej kobiecie, nigdy nie dopadnie go chandra czy znużenie. Jednak tak bardzo się pomylił. Zatęsknił w myślach do tamtych chwil. Nie. Już nie próbował, zmieniać jej na siłę. Pewnej nocy kobieta wróciła do pałacu rozzłoszczona i markotna. Nie odzywała się do nikogo przez kilka dni. A kiedy już otworzyła usta, zachrypniętym głosem, odpędzała wszystkich od siebie. Nie jadła. Ciągle jedynie beznamiętnie wpatrywała się w pustkę. Chudła w oczach. Jej niegdyś porcelanowa skóra zaczęła szarzeć, a lśniące, długie, blond włosy – zaczęły siwieć i wypadać. On jednak wciąż ją kochał i w sercu hodował to maleńkie ziarenko nadziei, które czekało, aż zakwitnie, kiedy wybranka serca stanie się taka, jak dawniej. I choć minęły już dwa lata, od pamiętnej nocy – nasionko, po dziś dzień nie zgniło.
Zawsze wydawała się być szczęśliwa. Drobnostki powodowały uśmiech na jej twarzy – lekki, majowy deszcz, herbata o dwunastej trzydzieści, dźwięk budzących ją skowronków, zapach marcowych przebiśniegów czy smak kwitnących w sadzie owoców. To zawsze ona potrafiła podnieść wszystkich na duchu, kiedy mieli trudny okres. Czuł, że przy tej kobiecie, nigdy nie dopadnie go chandra czy znużenie. Jednak tak bardzo się pomylił. Zatęsknił w myślach do tamtych chwil. Nie. Już nie próbował, zmieniać jej na siłę. Pewnej nocy kobieta wróciła do pałacu rozzłoszczona i markotna. Nie odzywała się do nikogo przez kilka dni. A kiedy już otworzyła usta, zachrypniętym głosem, odpędzała wszystkich od siebie. Nie jadła. Ciągle jedynie beznamiętnie wpatrywała się w pustkę. Chudła w oczach. Jej niegdyś porcelanowa skóra zaczęła szarzeć, a lśniące, długie, blond włosy – zaczęły siwieć i wypadać. On jednak wciąż ją kochał i w sercu hodował to maleńkie ziarenko nadziei, które czekało, aż zakwitnie, kiedy wybranka serca stanie się taka, jak dawniej. I choć minęły już dwa lata, od pamiętnej nocy – nasionko, po dziś dzień nie zgniło.
Pokiwała jedynie głową, w odpowiedzi.
- Dobrze. – drżącym głosem zawtórował mężczyzna.
Tak bardzo nie chciał jej urazić, czy wywołać napadu złości. – Zatem idę wezwać
służbę, która pomoże ci się należycie do tego przygotować.
Kiedy opuścił pomieszczenie, sięgnęła do niskiej
etażerki, stojącej obok kremowej sofy i dyskretnie wyciągnęła z niej mankiet,
który wciąż był przesiąknięty zapachem tej parszywej gnidy, która była dziś na
zamku. Przystawiła skrawek materiału do nosa i przymykając oczy, delektowała
się wciąż utrzymującą się wonią, płynącą z przedmiotu. Dłonie delikatnie
błądziły po materiale.
- Tak mi przykro, Koisuke. – powiedziała
cichutko, do samej siebie. – Dzisiejsze spotkanie będzie naszym ostatnim. –
Westchnęła nonszalancko, po czym zaśmiała się złośliwie.
- Nie. – powiedział po raz tysięczny panicz,
oglądając strój na dzisiejsze przyjęcie. Koisuke westchnął ciężko, jednak nic
nie mówił. – Chcesz, żebym wyglądał jak panicz, czy jak klaun? – niespokojnie
stukał laską o dębowy parkiet.
- To wszystko, co do tej pory ci paniczu
zaprezentowałem, to stroje odpowiednie do paryskiej kultury. – odparł,
wymachując przebraniem w ręce. – Myślę, że sprawimy gościom nie lada
przyjemność, gdy zaprezentujemy się w takowych.
- Skoro paryska kultura opiera się na wyglądaniu
jak małpa, to zupełnie tracę ochotę na pojawienie się tam dzisiaj.
- To pański obowiązek. – Koisuke nie dawał za
wygraną. Miku pokiwał głową w geście niezadowolenia.
- Niech ci będzie. – podparł się na rękojeści i
dźwignął się z wygodnego fotela. – Ale ostatni raz robię pajaca z siebie.
- Ma się rozumieć. – zaśmiał się lokaj, po czym
pomógł paniczowi w przywdziewaniu stroju. Kiedy czerwonowłosy unosił koszulę
młodzieńca, drzwi komnaty otworzyły się i stanęła w nich pokojówka Ichi. Widząc
tą dość dwuznaczną sytuację, upuściła ręczniki, które trzymała w ramionach.
Zarumieniona bąknęła coś pod nosem i trzymając rąbek halki, przyklęknęła i
zaczęła szybko zbierać porozrzucane przedmioty.
- Przepraszam. – zdało się słyszeć to ciche wyznanie.
Panicz z litością obserwował to wszystko. Koisuke, zażenowany sytuacją, podszedł
do dziewczyny i pomógł jej „pozbierać się” z podłogi. Ichi, tak szybko jak
weszła, tak szybko opuściła pomieszczenie, zostawiając ręczniki na stole do
kawy.
- Co za obsługa. – bąknął rozbawiony Miku.
Wrześniowym, ciepłym porankiem przybyła do
Wiednia, wraz ze swoją służącą. W dłoni dzierżyła atłasową parasolkę z ozdobną
koronką i srebrną rękojeścią. Ręce odziane w delikatne, perłowe rękawiczki,
rumiane od uśmiechu poliki i ogromne, jasno niebieskie oczęta. Wyglądała,
niczym porcelanowa lalka. Ciepło emanowało od niej. Była, jak słońce na
bezchmurnym niebie. Kiedy wysiadła z karocy, wspominała, że razem z hrabianką,
panią domu, księżną Hakiko, od lat najmłodszych utrzymywała bliski kontakt.
Kobieta, była dla niej, jak rodzona siostra. Doskonale się rozumiały, czasami
nawet bez słów. To miała być wizyta, jak każda inna. Radowała się w duchu, na
myśl, o zobaczeniu, swojej przyjaciółki.
Wysiadając z karocy, westchnęła cichutko. Ma
tyle rzeczy do opowiedzenia swojej najukochańszej Hakiko. Wydawać by się mogło,
że teraz nic nie zepsuje jej nastroju. Tak bardzo się myliła. Wchodząc na
dziedziniec, usłyszała wesoły głos księżny. Hrabianka zbiegła po schodach,
prowadzących na hol wejściowy. Podbiegła do niej, trzymając boki swojej
zwiewnej sukni, żeby się nie przewrócić. Kobiety wpadły sobie w ramiona.
- Tak dawno cię nie widziałam, moja droga. –
oczy Hakiko zaszkliły się łzami radości. Kordelia ujęła twarz towarzyszki w
dłonie i otarła, ściekające po różanych policzkach krople.
- Mamy teraz mnóstwo czasu, żeby to wszystko
nadrobić.
- Służba zabierze twoje bagaże, a my tym
czasem przejdźmy do ogrodu różanego. Herbata już na nas czeka.
Przechodząc, przez bogato strojone korytarze,
Kordelia wesoło dworowała ze swoją kompanką, na temat wesela przybyłej do
zamku, które odbyło się kilka miesięcy temu. Obie zachwycały się wspaniałym
prezentem ślubnym Kordedlii, który otrzymała od narzeczonego, jakim był bogato
zdobiony pierścień rodu, ówcześnie przynależny do matki mężczyzny, która zmarła
tragicznie kilkanaście lat temu. Przechodząc przez ogromne szklane drzwi,
delikatna woń herbacianych róż unosiła się w powietrzu, czarując swoją
słodkością. Na środku placu, na niewielkim, marmurowym podeście, wznosił się
okryty pagodą taras. Pięknie zastawiony stół stał na jego środku, zaś po jego
przeciwległych bokach, dwa, wysokie białe krzesła czekały na przyjęcie gości.
Kobieta, o długich brązowych głosach, widząc zbliżającą się księżną, ukłoniła
się i poprawiła nakrycie. Mimo zbliżającej się jesieni, kwiaty wyglądały
niesamowicie czarująco, kojąc oczy tysiącem barw. Kordelia przywitała się ze
służącą. Wtedy ta odsunęła jedno z siedzeń i gestem dłoni zaprosiła kobietę,
aby ta usiadła.
Ciepły wiatr, od czasu do czasu gościł w ogrodzie
różanym. Kordelia, sięgając po złotą filiżankę z herbatą jaśminową, poczęła
rozglądać się po przestronnym terenie. Dostrzegła wówczas niedaleko tarasu
młodzieńca, o żywo czerwonych włosach, z wąskimi okularami naciągniętymi na
samiuteńki czubek nosa. Podcinał on zeschnięte już pąki kwiatów i krzewów, z niezwykłą
w tej czynności precyzją. Jednak odwrócił swój wzrok, w kierunku blondwłosej
kobiety i uśmiechnął się wdzięcznie, po czym skinął głową i wrócił do
uprzedniej czynności. Kordelia postanowiła, iż zdejmie okrycie wierzchnie,
ponieważ słońce wznosiło się co raz to wyżej, a co za tym idzie, robiło się co
raz cieplej. Wtem koło niej, niczym wiatr, znalazł się lokaj, który nachylił
się do niej.
- Panienka pozwoli. – powiedział niesamowicie
czarującym głosem. Delikatnie, rękoma objął ramiona kobiety i począł zdejmować
lniane pareo, które kaskadami opływało jej bark i plecy. Ukłonił się i ponownie
posłał Kordelii czarujący uśmiech i udał się w stronę komnat dla gości. Kobieta
przez dłuższy czas nie odrywała od niego wzroku.
- Czy coś się stało, Kordelio? – zapytała z
przejęciem Hakiko i ujęła dłoń swojej przyjaciółki. Oczy Kordelii błysnęły
niespokojnie. Nie potrafiła pojąć uczucia, które mimowolnie zawładnęło jej
ciałem. Nie potrafiła wyrazić, co to było. Czuła dziwne podekscytowanie, a
zarazem szaleńczą ciekawość. Żołądek skurczył się do maleńkich rozmiarów, płuca
zaś przepełniło powietrze, któremu dała upust cichym westchnięciem. „To
niedorzeczne i zuchwałe.” – pomyślała. Zwróciła się ku swojej kompance i
uśmiechnęła się do niej ciepło.
- Wszystko jest w porządku, Hakiko. –
odpowiedziała, lekko drżącym głosem.
- To nasz nowo zatrudniony lokaj, a bardzo
dobry przyjaciel mojego syna, Vincenta. Sam go wybierał. Czy coś wydało ci się
być z nim nie w porządku, moja droga?
- Ależ oczywiście, że nie. – zaprzeczyła i przywołała
w głowie obraz tajemniczego mężczyzny. – Jego wygląd był interesujący. Jest
cudzoziemcem, czyż nie mam racji?
- Nazywa się Koisuke.
Koisuke. To imię dźwięcznie zabrzmiało w jej
myślach, jak najpiękniejsza melodia wygrywana przez pozytywkę, zamkniętą w jej
sercu, która otwierała się tylko na dźwięk tego imienia. Mogłaby nakręcać tę
pozytywkę, raz po raz, by móc delektować się jej brzemieniem. Jednak rozbawiony
głos Hakiko zamknął ją natychmiast.
Kiedy powoli wędrowała do swojej komnaty,
przez dębowy łuk drzwi dostrzegła hrabiankę w atłasowym szlafroku, która
spokojnie spoczywała na sofie przy kominku, w jednej z niewielu bibliotek. Wpatrywała
się w ogień, który wesoło tańczył, pokrywając iskrzące się drewno popiołem.
Oparła się o framugę i pokręciła głową, uśmiechając się ciepło.
- Będziesz jutro zmęczona, Hakiko. –
odpowiedziała jej jednak cisza. Kobieta odwróciła się do niej i ruchem dłoni
zaprosiła Kordelię, aby ta dołączyła się do niej. Blondwłosa po cichu
przysiadła się do swojej przyjaciółki.
- Wiesz, Kordelio – zaczęła po chwili księżna
– czasami nie potrafię zrozumieć Vincenta. Jest zamkniętym w sobie młodzieńcem.
Odkąd Koisuke u nas pracuje, w końcu zaczął się do kogoś w tym domu odzywać. –
westchnęła i spuściła wzrok, rękoma nerwowo ściskając materiał.
- Nie wolno nikogo zmieniać na siłę. –
odrzekła Kordelia, obejmując jednym ramieniem Hakiko.
- Zdaję sobie z tego sprawę. – odrzekła cicho,
smutnym głosem i przytuliła towarzyszkę. – Chyba masz rację. Muszę się
przespać.
Po tych słowach, całując Kordelię w policzek,
życzyła jej dobrej nocy i opuściła pomieszczenie. Znowu Koisuke. Kordelia objęła
się ramionami, czując nieprzyjemny dreszcz, choć w komnacie biło przyjemne
ciepło od kominka. Koisuke. Poczuła, jak ta sama maleńka pozytywka w jej sercu
otwiera się. Nie potrafiła pojąć, czym mężczyzna potrafił zaskarbić sobie jej
uwagę i zaprzątnąć całe myśli. Raptem kilka chwil w ogrodzie zatraciło jej
umysł i ogarnęło jej ciało słodkim, a zarazem przerażającym uczuciem. Wtem
framuga skrzypnęła. Kobieta wzdrygnęła się, jednak nie odwróciła wzroku.
- O tej porze, panienka powinna już spać. –
otworzyła lekko usta ze zdziwienia, jednak zaraz opanowała się i odwróciła w
stronę lokaja.
- W porządku. Miałam właśnie zamiar wrócić do
swojej komnaty. – starała się nie pokazywać po sobie, jak bardzo niezręczne
jest dla niej spotkanie młodzieńca.
- Pozwoli panienka, że odprowadzę ją do jej
sypialni? – Kordelia skinęła jedynie lekko głową. Koisuke podszedł do niej,
ukłonił się, następnie podał jej dłoń i trzymając ją, na zgiętym łokciu, pomógł
Kordelii wstać. W drugą zaś rękę ujął święcę, w złotej rękojeści i oświetlając
korytarz, ruszyli przed siebie. Przez całą drogę nie odezwali się słowem.
Kobieta czuła, jak jej serce bije bardzo szybko. Karciła się w myślach za
niedorzeczne zachowanie, niegodne jej osoby. Kiedy Koisuke pchnął dębowe drzwi,
zapalił kinkiet w sypialni Kordelii. Światło to niewiele jednak dało. Kobieta
przez chwilę stała niepewnie, w panującym półmroku i przyglądała się, ostrym a
zarazem łagodnym rysom twarzy Koisuke. Mężczyzna odstawił świecę na komodę i
podszedł, do zdezorientowanej Kordelii.
- Spokojnej nocy, panienko. – chciał odejść,
jednak nie wiedzieć czemu, zatrzymała go.
- Zaczekaj, proszę. – ujęła jego ramię i lekko
pociągnęła w swoją stronę. Jednak nabrała zaraz wody w usta i nie wiedziała, co
ma dalej począć. Mężczyzna ujął jej twarz w dłonie i pocałował. Jednak to nie
był zwykły pocałunek. Kordelia odczuła to, jako stan niezwykłej euforii. W tych
kilku sekundach, przeszyło ją tysiąc myśli, od tych najpiękniejszych, po te,
które zwiastowały najgorsze. Jednak nie chciała popadać w agonię, chciała
jedynie trwać w tej słodkości, płynącej z tak prostej czynności, jaką był
pocałunek Koisuke. I choć wiedziała, że nie powinna, postanowiła rzucić się z
tej krawędzi szaleństwa.
Tamtej nocy, kochali się długo. Kordelia nie
chciała wówczas myśleć o konsekwencjach. Chciała jedynie, by słońce nigdy nie
wschodziło. Czuła, że będąc przy Koisuke, była gdzieś daleko, daleko stąd,
chcąc więcej i więcej. Kiedy rano obudziła się, zastając puste łoże, poczuła
też i pustkę w sercu. Wiedziała, że Koisuke musi wrócić do swoich obowiązków.
Słońce jednak jeszcze nie wzeszło. Postanowiła odszukać mężczyznę.
Kiedy odnalazła go, zaproponowała by ten
wrócił z nią do Francji, gdzie mógłby wieść spokojne życie u jej boku, już nie
jako lokaj, ale jej wybranek życia. Obiecała, że byłaby gotowa zostawić swojego
obecnego męża i porzucić tytuł hrabianki, na rzecz życia przy jego boku. W
obecnych czasach, ogromną hańbą dla rodu królewskiego byłoby związanie się
kogoś klasy wyższej, ze zwykłym służebnikiem domu. Jednak nie chciała się o to
troszczyć. Koisuke jednak odmówił i jeszcze tej samej nocy odesłał ją do
Wersalu, z pękniętym sercem i zatraconym umysłem. Chciał porzucić tą noc w
otchłań zapomnienia. Kordelia jednak nie chciała.
Czekałam, aż znów coś napiszesz <3
OdpowiedzUsuńPiękne Akiro zresztą jak zawsze