MIKUXAYU MEGASHOT CZĘŚĆ II



-Jesteś pewna co do tego, moja droga? – zapytał bardzo cicho. Bał się tego pytania, a co ważniejsze – bał się jej. Nieprzyjemny powiew wiatru schłodził zimne, marmurowe ściany. Tak zimnie, jak jej serce. Nawet nie drgnęła. Jedynie spoglądała na zbierającą się burzę. Niebo przybierało smutny, szary kolor. Mężczyzna czuł, jak zalewa go zimny pot. Wyczekujące zaś spojrzenie wlepił w wybrankę swojego życia. Nie taką ją pamiętał.

Zawsze wydawała się być szczęśliwa. Drobnostki powodowały uśmiech na jej twarzy – lekki, majowy deszcz, herbata o dwunastej trzydzieści, dźwięk budzących ją skowronków, zapach marcowych przebiśniegów czy smak kwitnących w sadzie owoców. To zawsze ona potrafiła podnieść wszystkich na duchu, kiedy mieli trudny okres. Czuł, że przy tej kobiecie, nigdy nie dopadnie go chandra czy znużenie. Jednak tak bardzo się pomylił. Zatęsknił w myślach do tamtych chwil. Nie. Już nie próbował, zmieniać jej na siłę. Pewnej nocy kobieta wróciła do pałacu rozzłoszczona i markotna. Nie odzywała się do nikogo przez kilka dni. A kiedy już otworzyła usta, zachrypniętym głosem, odpędzała wszystkich od siebie. Nie jadła. Ciągle jedynie beznamiętnie wpatrywała się w pustkę. Chudła w oczach. Jej niegdyś porcelanowa skóra zaczęła szarzeć, a lśniące, długie, blond włosy – zaczęły siwieć i wypadać. On jednak wciąż ją kochał i w sercu hodował to maleńkie ziarenko nadziei, które czekało, aż zakwitnie, kiedy wybranka serca stanie się taka, jak dawniej. I choć minęły już dwa lata, od pamiętnej nocy – nasionko, po dziś dzień nie zgniło.
Pokiwała jedynie głową, w odpowiedzi.
- Dobrze. – drżącym głosem zawtórował mężczyzna. Tak bardzo nie chciał jej urazić, czy wywołać napadu złości. – Zatem idę wezwać służbę, która pomoże ci się należycie do tego przygotować.
Kiedy opuścił pomieszczenie, sięgnęła do niskiej etażerki, stojącej obok kremowej sofy i dyskretnie wyciągnęła z niej mankiet, który wciąż był przesiąknięty zapachem tej parszywej gnidy, która była dziś na zamku. Przystawiła skrawek materiału do nosa i przymykając oczy, delektowała się wciąż utrzymującą się wonią, płynącą z przedmiotu. Dłonie delikatnie błądziły po materiale.
- Tak mi przykro, Koisuke. – powiedziała cichutko, do samej siebie. – Dzisiejsze spotkanie będzie naszym ostatnim. – Westchnęła nonszalancko, po czym zaśmiała się złośliwie.

- Nie. – powiedział po raz tysięczny panicz, oglądając strój na dzisiejsze przyjęcie. Koisuke westchnął ciężko, jednak nic nie mówił. – Chcesz, żebym wyglądał jak panicz, czy jak klaun? – niespokojnie stukał laską o dębowy parkiet.
- To wszystko, co do tej pory ci paniczu zaprezentowałem, to stroje odpowiednie do paryskiej kultury. – odparł, wymachując przebraniem w ręce. – Myślę, że sprawimy gościom nie lada przyjemność, gdy zaprezentujemy się w takowych.
- Skoro paryska kultura opiera się na wyglądaniu jak małpa, to zupełnie tracę ochotę na pojawienie się tam dzisiaj.
- To pański obowiązek. – Koisuke nie dawał za wygraną. Miku pokiwał głową w geście niezadowolenia.
- Niech ci będzie. – podparł się na rękojeści i dźwignął się z wygodnego fotela. – Ale ostatni raz robię pajaca z siebie.
- Ma się rozumieć. – zaśmiał się lokaj, po czym pomógł paniczowi w przywdziewaniu stroju. Kiedy czerwonowłosy unosił koszulę młodzieńca, drzwi komnaty otworzyły się i stanęła w nich pokojówka Ichi. Widząc tą dość dwuznaczną sytuację, upuściła ręczniki, które trzymała w ramionach. Zarumieniona bąknęła coś pod nosem i trzymając rąbek halki, przyklęknęła i zaczęła szybko zbierać porozrzucane przedmioty.
- Przepraszam. – zdało się słyszeć to ciche wyznanie. Panicz z litością obserwował to wszystko. Koisuke, zażenowany sytuacją, podszedł do dziewczyny i pomógł jej „pozbierać się” z podłogi. Ichi, tak szybko jak weszła, tak szybko opuściła pomieszczenie, zostawiając ręczniki na stole do kawy.
- Co za obsługa. – bąknął rozbawiony Miku.

Wrześniowym, ciepłym porankiem przybyła do Wiednia, wraz ze swoją służącą. W dłoni dzierżyła atłasową parasolkę z ozdobną koronką i srebrną rękojeścią. Ręce odziane w delikatne, perłowe rękawiczki, rumiane od uśmiechu poliki i ogromne, jasno niebieskie oczęta. Wyglądała, niczym porcelanowa lalka. Ciepło emanowało od niej. Była, jak słońce na bezchmurnym niebie. Kiedy wysiadła z karocy, wspominała, że razem z hrabianką, panią domu, księżną Hakiko, od lat najmłodszych utrzymywała bliski kontakt. Kobieta, była dla niej, jak rodzona siostra. Doskonale się rozumiały, czasami nawet bez słów. To miała być wizyta, jak każda inna. Radowała się w duchu, na myśl, o zobaczeniu, swojej przyjaciółki.
Wysiadając z karocy, westchnęła cichutko. Ma tyle rzeczy do opowiedzenia swojej najukochańszej Hakiko. Wydawać by się mogło, że teraz nic nie zepsuje jej nastroju. Tak bardzo się myliła. Wchodząc na dziedziniec, usłyszała wesoły głos księżny. Hrabianka zbiegła po schodach, prowadzących na hol wejściowy. Podbiegła do niej, trzymając boki swojej zwiewnej sukni, żeby się nie przewrócić. Kobiety wpadły sobie w ramiona.
- Tak dawno cię nie widziałam, moja droga. – oczy Hakiko zaszkliły się łzami radości. Kordelia ujęła twarz towarzyszki w dłonie i otarła, ściekające po różanych policzkach krople.
- Mamy teraz mnóstwo czasu, żeby to wszystko nadrobić.
- Służba zabierze twoje bagaże, a my tym czasem przejdźmy do ogrodu różanego. Herbata już na nas czeka.

Przechodząc, przez bogato strojone korytarze, Kordelia wesoło dworowała ze swoją kompanką, na temat wesela przybyłej do zamku, które odbyło się kilka miesięcy temu. Obie zachwycały się wspaniałym prezentem ślubnym Kordedlii, który otrzymała od narzeczonego, jakim był bogato zdobiony pierścień rodu, ówcześnie przynależny do matki mężczyzny, która zmarła tragicznie kilkanaście lat temu. Przechodząc przez ogromne szklane drzwi, delikatna woń herbacianych róż unosiła się w powietrzu, czarując swoją słodkością. Na środku placu, na niewielkim, marmurowym podeście, wznosił się okryty pagodą taras. Pięknie zastawiony stół stał na jego środku, zaś po jego przeciwległych bokach, dwa, wysokie białe krzesła czekały na przyjęcie gości. Kobieta, o długich brązowych głosach, widząc zbliżającą się księżną, ukłoniła się i poprawiła nakrycie. Mimo zbliżającej się jesieni, kwiaty wyglądały niesamowicie czarująco, kojąc oczy tysiącem barw. Kordelia przywitała się ze służącą. Wtedy ta odsunęła jedno z siedzeń i gestem dłoni zaprosiła kobietę, aby ta usiadła.   
Ciepły wiatr, od czasu do czasu gościł w ogrodzie różanym. Kordelia, sięgając po złotą filiżankę z herbatą jaśminową, poczęła rozglądać się po przestronnym terenie. Dostrzegła wówczas niedaleko tarasu młodzieńca, o żywo czerwonych włosach, z wąskimi okularami naciągniętymi na samiuteńki czubek nosa. Podcinał on zeschnięte już pąki kwiatów i krzewów, z niezwykłą w tej czynności precyzją. Jednak odwrócił swój wzrok, w kierunku blondwłosej kobiety i uśmiechnął się wdzięcznie, po czym skinął głową i wrócił do uprzedniej czynności. Kordelia postanowiła, iż zdejmie okrycie wierzchnie, ponieważ słońce wznosiło się co raz to wyżej, a co za tym idzie, robiło się co raz cieplej. Wtem koło niej, niczym wiatr, znalazł się lokaj, który nachylił się do niej.
- Panienka pozwoli. – powiedział niesamowicie czarującym głosem. Delikatnie, rękoma objął ramiona kobiety i począł zdejmować lniane pareo, które kaskadami opływało jej bark i plecy. Ukłonił się i ponownie posłał Kordelii czarujący uśmiech i udał się w stronę komnat dla gości. Kobieta przez dłuższy czas nie odrywała od niego wzroku.
- Czy coś się stało, Kordelio? – zapytała z przejęciem Hakiko i ujęła dłoń swojej przyjaciółki. Oczy Kordelii błysnęły niespokojnie. Nie potrafiła pojąć uczucia, które mimowolnie zawładnęło jej ciałem. Nie potrafiła wyrazić, co to było. Czuła dziwne podekscytowanie, a zarazem szaleńczą ciekawość. Żołądek skurczył się do maleńkich rozmiarów, płuca zaś przepełniło powietrze, któremu dała upust cichym westchnięciem. „To niedorzeczne i zuchwałe.” – pomyślała. Zwróciła się ku swojej kompance i uśmiechnęła się do niej ciepło.
- Wszystko jest w porządku, Hakiko. – odpowiedziała, lekko drżącym głosem.
- To nasz nowo zatrudniony lokaj, a bardzo dobry przyjaciel mojego syna, Vincenta. Sam go wybierał. Czy coś wydało ci się być z nim nie w porządku, moja droga?
- Ależ oczywiście, że nie. – zaprzeczyła i przywołała w głowie obraz tajemniczego mężczyzny. – Jego wygląd był interesujący. Jest cudzoziemcem, czyż nie mam racji?
- Nazywa się Koisuke. 
Koisuke. To imię dźwięcznie zabrzmiało w jej myślach, jak najpiękniejsza melodia wygrywana przez pozytywkę, zamkniętą w jej sercu, która otwierała się tylko na dźwięk tego imienia. Mogłaby nakręcać tę pozytywkę, raz po raz, by móc delektować się jej brzemieniem. Jednak rozbawiony głos Hakiko zamknął ją natychmiast.

Kiedy powoli wędrowała do swojej komnaty, przez dębowy łuk drzwi dostrzegła hrabiankę w atłasowym szlafroku, która spokojnie spoczywała na sofie przy kominku, w jednej z niewielu bibliotek. Wpatrywała się w ogień, który wesoło tańczył, pokrywając iskrzące się drewno popiołem. Oparła się o framugę i pokręciła głową, uśmiechając się ciepło.
- Będziesz jutro zmęczona, Hakiko. – odpowiedziała jej jednak cisza. Kobieta odwróciła się do niej i ruchem dłoni zaprosiła Kordelię, aby ta dołączyła się do niej. Blondwłosa po cichu przysiadła się do swojej przyjaciółki.
- Wiesz, Kordelio – zaczęła po chwili księżna – czasami nie potrafię zrozumieć Vincenta. Jest zamkniętym w sobie młodzieńcem. Odkąd Koisuke u nas pracuje, w końcu zaczął się do kogoś w tym domu odzywać. – westchnęła i spuściła wzrok, rękoma nerwowo ściskając materiał.
- Nie wolno nikogo zmieniać na siłę. – odrzekła Kordelia, obejmując jednym ramieniem Hakiko.
- Zdaję sobie z tego sprawę. – odrzekła cicho, smutnym głosem i przytuliła towarzyszkę. – Chyba masz rację. Muszę się przespać.

Po tych słowach, całując Kordelię w policzek, życzyła jej dobrej nocy i opuściła pomieszczenie. Znowu Koisuke. Kordelia objęła się ramionami, czując nieprzyjemny dreszcz, choć w komnacie biło przyjemne ciepło od kominka. Koisuke. Poczuła, jak ta sama maleńka pozytywka w jej sercu otwiera się. Nie potrafiła pojąć, czym mężczyzna potrafił zaskarbić sobie jej uwagę i zaprzątnąć całe myśli. Raptem kilka chwil w ogrodzie zatraciło jej umysł i ogarnęło jej ciało słodkim, a zarazem przerażającym uczuciem. Wtem framuga skrzypnęła. Kobieta wzdrygnęła się, jednak nie odwróciła wzroku.
- O tej porze, panienka powinna już spać. – otworzyła lekko usta ze zdziwienia, jednak zaraz opanowała się i odwróciła w stronę lokaja.
- W porządku. Miałam właśnie zamiar wrócić do swojej komnaty. – starała się nie pokazywać po sobie, jak bardzo niezręczne jest dla niej spotkanie młodzieńca.
- Pozwoli panienka, że odprowadzę ją do jej sypialni? – Kordelia skinęła jedynie lekko głową. Koisuke podszedł do niej, ukłonił się, następnie podał jej dłoń i trzymając ją, na zgiętym łokciu, pomógł Kordelii wstać. W drugą zaś rękę ujął święcę, w złotej rękojeści i oświetlając korytarz, ruszyli przed siebie. Przez całą drogę nie odezwali się słowem. Kobieta czuła, jak jej serce bije bardzo szybko. Karciła się w myślach za niedorzeczne zachowanie, niegodne jej osoby. Kiedy Koisuke pchnął dębowe drzwi, zapalił kinkiet w sypialni Kordelii. Światło to niewiele jednak dało. Kobieta przez chwilę stała niepewnie, w panującym półmroku i przyglądała się, ostrym a zarazem łagodnym rysom twarzy Koisuke. Mężczyzna odstawił świecę na komodę i podszedł, do zdezorientowanej Kordelii.
- Spokojnej nocy, panienko. – chciał odejść, jednak nie wiedzieć czemu, zatrzymała go.
- Zaczekaj, proszę. – ujęła jego ramię i lekko pociągnęła w swoją stronę. Jednak nabrała zaraz wody w usta i nie wiedziała, co ma dalej począć. Mężczyzna ujął jej twarz w dłonie i pocałował. Jednak to nie był zwykły pocałunek. Kordelia odczuła to, jako stan niezwykłej euforii. W tych kilku sekundach, przeszyło ją tysiąc myśli, od tych najpiękniejszych, po te, które zwiastowały najgorsze. Jednak nie chciała popadać w agonię, chciała jedynie trwać w tej słodkości, płynącej z tak prostej czynności, jaką był pocałunek Koisuke. I choć wiedziała, że nie powinna, postanowiła rzucić się z tej krawędzi szaleństwa.

Tamtej nocy, kochali się długo. Kordelia nie chciała wówczas myśleć o konsekwencjach. Chciała jedynie, by słońce nigdy nie wschodziło. Czuła, że będąc przy Koisuke, była gdzieś daleko, daleko stąd, chcąc więcej i więcej. Kiedy rano obudziła się, zastając puste łoże, poczuła też i pustkę w sercu. Wiedziała, że Koisuke musi wrócić do swoich obowiązków. Słońce jednak jeszcze nie wzeszło. Postanowiła odszukać mężczyznę.

Kiedy odnalazła go, zaproponowała by ten wrócił z nią do Francji, gdzie mógłby wieść spokojne życie u jej boku, już nie jako lokaj, ale jej wybranek życia. Obiecała, że byłaby gotowa zostawić swojego obecnego męża i porzucić tytuł hrabianki, na rzecz życia przy jego boku. W obecnych czasach, ogromną hańbą dla rodu królewskiego byłoby związanie się kogoś klasy wyższej, ze zwykłym służebnikiem domu. Jednak nie chciała się o to troszczyć. Koisuke jednak odmówił i jeszcze tej samej nocy odesłał ją do Wersalu, z pękniętym sercem i zatraconym umysłem. Chciał porzucić tą noc w otchłań zapomnienia. Kordelia jednak nie chciała.

1 komentarz:

  1. Czekałam, aż znów coś napiszesz <3
    Piękne Akiro zresztą jak zawsze

    OdpowiedzUsuń

Ostrzegam, że komentarze pisane pod rząd będą usuwane. To nie polega na tym, żeby jedna osoba ciągle komentowała wpis z anonima. Nie nadużywajcie tego, inaczej zostanie zdjęta opcja anonimowego dodawanie komentarzy. Z góry dziękuję.